WPISY

Uwielbiam czytać biografie znanych ludzi.. Chyba wszystko za sprawą tego, że uważam za dość ciekawe, spojrzenia na świat różnych ludzi. Oprócz czystego zainteresowania nimi sądzę, że takie ,,wnikanie” w ludzkie wnętrze ma też wymiar nieco psychologiczny, w końcu od dawien dawna człowiek łaknął poznawania samego siebie na przykładzie innych, szukał inspiracji a niekiedy kopiował styl od kogoś innego.
Kilka lat temu, miałam przyjemność przeczytać biografię Coco Chanel. Pamiętam, że robiłam to w autobusie, kiedy właśnie jechałam na kolonię do.. tutaj urwał mi się film, bo za żadne skarby świata nie jestem sobie w stanie przypomnieć.. gdzie? Mimo wszystko, książkę czytałam z zapartym tchem,pragnąc dowiedzieć się kolejnych informacji o Coco. Bardzo mnie poruszyła, z tego względu, że nie miałam jeszcze tak szerokiego pojęcia o tym, do czego zwykły szary człowiek jest się w stanie posunąć, a na tamten moment, nie mieściło mi się w głowie to, że osoba z takim sukcesem, mogła mieć tak dramatyczne dzieciństwo.
Jakieś pół roku temu, po raz kolejny miałam okazję spotkać się z biografią Chanel..
jednak w nieco innej formie. Książka wydawnictwa ,,Hardie Grant Books” z ilustracjami Megan Hess. Niestety dopiero kilka dni temu, zaczęłam ją namiętnie czytać. Wszystko za sprawą faktu, iż książka jest napisana po angielsku, a głównymi jej elementem są tworzące ją obrazki, w formię przepięknie wykonanych grafik. Wymaga więc ona, że tak powiem ,,odpowiedniego nastrojenia” :p. W życiu nie widziałam tak pięknego wydania biografii czy jakiejkolwiek innej książki. Srebro pokrywa boki kartek, same zaś bogate są w liczne rysunki graficzne, które niekiedy zdają się przypominać projekty, stworzone przez fashion designer'ów. Sama biografia Chanel, została ukrócona, w porównaniu do klasycznego życiorysu ikony mody lat XX, w książce jaką czytałam przedtem. Mimo to, pozycja ta nie traci na wartości, a wiele zyskuje, zwłaszcza dla osoby, interesującej się sztuką, modą czy też samą grafiką. Praktycznie każda strona zawiera jakiś przepiękny malunek, albo cytat Coco.
Cytaty Chanel to właśnie ten element książki, o którym pragnę wspomnieć teraz. Każdemu z nich jest poświęcona jedna, cała stronica. Oprócz tego, że wzbogaca to ogólny wygląd biografii, dodatkowo podkreśla ich rangę i ponadczasowość. Nie mówię tutaj o tym, że każdy cytat Coco jest warty zapamiętania, ale chodzi mi raczej o fakt, że wiele z nich można przełożyć na nasze codzienne egzystowanie, przez co mogą stać się dla nas inspiracją oraz pomysłem na życie.
Gabrielle Coco Chanel, ikona mody lat XX to przede wszystkim człowiek, taki jak każdy z nas. Warto więc wziąć przykład z tej sławy i postarać się o to, aby wziąć swój żywot we własne ręce. Świat stoi przed nami otworem, a my musimy skupić się na tym, żeby w nim zaistnieć tak, jakbyśmy tego chcieli.


Uważam, że powyższa pozycja idealnie nadaje się na prezent dla bliskiej osoby, a także dla nas samych na mroźne, zimowe wieczory, w towarzystwie gorącej herbaty z imbirem i miodem. Również wtedy, gdy mamy ochotę poznać przepełniony dramatyzmem świat mody Coco Chanel, za której sprawą kobiety nauczyły się nosić spodnie, doceniły prostą formę ubrań i czerń, działającą niczym maska, zasłaniająca mankamenty kobiecej urody, a także podkreślająca kobiece piękno i elegancję.


W całym domu rozchodzi się przyjemny zapach korzennych przypraw i miodu. Wszystko zwiastuje fakt, że pierniki właśnie opuściły piekarnik. Święta Bożego Narodzenia kojarzą mi się oczywiście z choinką przede wszystkim, ale też ciastkami korzennymi (przepis na nie możecie znaleźć, klikając TUTAJ .), kubkiem ciepłej herbaty, grubym kocem i kominkiem. Nie żebym kiedykolwiek mieszkała w domu, mającym kominek, ale ten element wystroju mieszkania uważam za idealnie pasujący do świątecznej scenerii..
Jak co roku, każdy z nas pragnie by święta były niezwykłym i magicznym czasem, by były czymś w rodzaju mediatora jeżeli chodzi o ludzkie spory i żale, zżyły nas ze sobą i aby sprawiły, że w Nowym Roku każdy z nas dostanie czystą kartę.


Mimo tego, że do Świąt pozostało jeszcze 3 dni, pragnę złożyć WSZYSTKIM Czytelnikom bloga, najserdeczniejsze życzenia! Abyście w Nowym Roku spełnili wszystkie swoje najskrytsze marzenia. By nie zabrakło Wam odwagi do spełniania życiowych planów i realizowali je bez względu na przeciwności losu. Zdrowia, szczęścia, prawdziwej przyjaźni i dużo dużo miłości!

życzy..



Witam Was po tak długiej przerwie z powrotem!
Oficjalnie postanowiłam wrócić do prowadzenia bloga. Długo biłam się z myślami, czy ma to sens, ale w końcu zdałam sobie sprawę, że bardzo mi tego brakowało przez ten czas, gdy mnie z Wami nie było i stwierdziłam, że musi się to zmienić! Nie będę się rozwodzić nad kwestiami tego typu, po prostu.. przejdę do głównej części wpisu ;)

O tym, po co nam w życiu marzenia, pasje i plan na ich realizację..

Każdy dzień zwiastuje nowy cel, a my musimy skrupulatnie dążyć do jego realizacji. Oczywiście, często po prostu.. marnujemy nasze, ,,tak cenne dni”, spędzając doby na kanapie z pilotem od telewizora w ręku. Ale co z tego? Jakie ma to znaczenie? Skoro nam to nie przeszkadza, to żadne. Bez sensu jest bić się z myślami, że robimy coś nie tak, kiedy po prostu czasami czujemy bezsilność i mamy dosyć dosłownie wszystkiego.

Próbowałam już w życiu tylu rzeczy, a wszystko, w końcowym efekcie okazywało się bezwzględną klapą. Co z tego, że chodziłam na gitarę, basen czy tańce? 3 lata śpiewu też się na nic nie zdały, z wyjątkiem kilku konkursów i tego, że też pod prysznicem robię za ,,czasoumilacz”.. Brzmi to śmiesznie :D, ale gdy jesteśmy młodzi i zaczynamy robić coś nowego, zawsze mamy małą nadzieję, że to co robimy przyniesie nam w przyszłości obfite plony. Teraz oczywiście każdy troszkę inaczej patrzy na tego typu sprawy ;)
W gimnazjum uparłam się, że koniecznie będę szkicować portrety. Skąd jednak mogłam wiedzieć jak? Moje pierwotne prace nie były brzydkie, ale na pewno nie tak realne jak te, których nauczyłam się rysować później. Tutaj największym pomocnikiem i nauczycielem okazał się być internet, a konkretniej jeden z blogów o rysowaniu..
Jedno kliknięcie na ten konkretny blog, zmieniło mój sposób rysowania już na zawsze.. Z fantazyjnych rysunków, moje prace zamieniły się w naprawdę realistyczne portrety. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że akurat to, co robiłam od dziecka okaże się być jedną z tych nielicznych rzeczy, które w życiu naprawdę dość dobrze mi wychodzą. Największą korzyścią, która płynie z tego właśnie faktu, jest to, że mogę chociaż na chwilę odciąć się od świata, zapomnieć o tym co złe i zrelaksować się.

Ten post ma za zadanie, pokazać Wam to, że w każdym z nas drzemie jakiś potencjał. Czasami tylko po prostu za bardzo zwalniamy. Do tego stopnia, że stajemy w miejscu i nic się nie dzieje. Czujemy się wtedy beznadziejnie nudni. I właśnie wtedy, kiedy to odczuwamy, powinniśmy wziąć się w garść. Powinniśmy zacząć robić coś ze swoim życiem, próbować różnych, nowych rzeczy, np. iść na kręgle, basen, do kina, zacząć tańczyć, uprawiać jakąś dyscyplinę sportu itp... Musimy odkryć w sobie potencjał, stawić czoła własnym problemom i brakiem wiary w siebie lub/i to, co potrafimy.

Nie chciałam przez to powiedzieć, że kwestią wiary w siebie jest robienie czegoś ze sobą, ale to naprawdę bardzo w tym pomaga. Tak więc.. jeżeli czujecie niedosyt.. próbujcie, bo świat stoi przed Wami otworem! ;)


Ostatnio zlecono mi upichcenie czegoś na kształt tortu. Wbrew powszechnej opinii o długim czasie przygotowywania tego typu przysmaków, zajęło mi to zaledwie 2 godziny. Co zrobiłam? Zwykły piernik, z przepisu, który dostałam kiedyś od przyjaciółki, który piecze się z podstawowych produktów jakie mamy w domu posłużył mi za bazę - a'la biszkopt. Urozmaicenia dodała masa z bitej śmietany i serka mascarpone z dodatkiem cukru pudru. Na wierzch tylko i wyłącznie banalnie prosta polewa czekoladowa. Brzmi prosto, a sprawia wrażenie, jakby poświęcono mu dużo czasu i nakładów pracy. Tak więc, tort idealny dla leniuchów i tych, którzy pragną trochę odetchnąć a jednocześnie uchodzić nadal za pracusiów :)

Torcik piernikowy


Składniki:
A'la biszkopt:
3 szklanki mąki pszennej
1,5 szklanki cukru (może być trochę mniej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżki przyprawy do piernika
2 łyżeczki cynamonu
powidła śliwkowe (1 słoik, ale do ciasta dajemy tylko pół)
1 szklanka mleka
1 szklanka oleju
1 jajko
2,5 łyżki kakao

Masa:
200ml śmietany 30%
250g serka mascarpone
3-4 łyżki cukru pudru

Polewa:
3 paski gorzkiej czekolady
100g masła
2-3 łyżki kakao
4-5 łyżek cukru pudru (wedle uznania)
2 łyżki wody
2-3 łyżki śmietany 30%

Przygotowanie:
Masa: Ubijamy śmietanę kremówkę z cukrem pudrem. Do ubitej na sztywno śmietany dodajemy łyżka po łyżce serek mascarpone, cały czas miksując. Odstawiamy do lodówki.

Ciasto: Wszystko wrzucamy do jednej miski, miksujemy. Wylewamy na wyłożoną uprzednio papierem, blachę do pieczenia i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni.
Pieczemy 40 minut, sprawdzając wykałaczką, czy ciasto jest już gotowe.

Polewa:
Do małego garnuszka wlewamy wodę, dodajemy masło, połamaną czekoladę, cukier puder i kakao. Gotujemy na małym ogniu co jakiś czas mieszając. Po uzyskaniu płynnej masy o jednolitej strukturze, odstawiamy z ognia i dodajemy śmietanę. Odstawiamy do ostygnięcia.

Jak przekładamy:
Przekrawamy ciasto na pół. Spodnią stronę smarujemy najpierw powidłami śliwkowymi, a następnie masą ze śmietany i serka mascarpone. Kładziemy drugą połówkę na wierzch masy. Polewamy czekoladą, smarujemy brzegi i odstawiamy ciasto do lodówki, aby się schłodziło.



Smacznego! :)
Uważam, że niezależnie od tego jakiego rodzaju pędzle posiadamy, bezwzględnie należy o nie dbać. W końcu nakładamy je na naszą twarz, o którą tak pieczołowicie dbamy, stosując na nią różne kremy, maseczki, żele, płyny itd..
Aby zapobiec ciągłemu namnażaniu się na nich licznych bakterii i roztoczy, staram się je myć dość regularnie, stosując co jakiś czas zabieg pielęgnacyjny olejem kokosowym. Nie ma tutaj nic nadzwyczajnego, jednak efekt jest świetny, toteż postanowiłam podzielić się nim z Wami! Jak wygląda przebieg takiej kuracji zaprezentuję poniżej..

Przygotowuję miednicę z wodą i rozpuszczonym w niej szamponem do włosów. Rozpoczynam mycie pędzli.


Następnie myję je używając białego jelenia do higieny intymnej.


Później pędzle poddawane są pielęgnacji olejem kokosowym. Używam tego zapachowego, tłoczonego na zimno, bo oprócz samego natłuszczenia, nadaje przyjemnego zapachu kokosa.


Olej kokosowy spłukuję ciepłą wodą, używając białego jelenia, używanego przeze mnie już wcześniej. Trzeba to zrobić bardzo dokładnie, aby móc całkowicie pozbyć się oleju i nadmiaru żelu.

Pędzle odstawiam do całkowitego wyschnięcia. W zależności od pogody, trwa to około 2 dni.

Taka pielęgnacja pędzli sprawia, przede wszystkim to, że z włosia znika nadmiar pudru, kurzu, bakterii. Dodatkowo nadaje mu miękkości, sprawia że jest ono przyjemniejsze w dotyku oraz pięknie pachnie kokosem!
Polecam każdemu, kto jest posiadaczem każdego rodzaju pędzli! Zwykłe umycie ich nie gwarantuje bowiem takich efektów jak przy użyciu oleju kokosowego! :)
Słowa, zawarte w tytule idealnie odzwierciedlają historię Artura – aktualnie - 30 letniego pasjonata sportu, dla którego kalistenika stała się bronią w walce z przepukliną kręgosłupa, która pojawiła się w jego życiu, wywracając je do góry nogami. Bardzo chciałabym udostępnić informacje, jakie przekazał mi Artur, bo uważam, że mogą one pomóc osobom, zmagającym się z podobnym problemem.
A historia wyglądała mniej więcej tak..

,,Od zawsze pasjonowałem się sportem. Zapasy trenowałem już od 9 roku życia, regularnie ćwiczyłem i ogólnie dbałem o swoją kondycję i zdrowy tryb życia. Nigdy nie miałem problemów ze zdrowiem, byłem można rzec - okazem zdrowia. Pewnego dnia, w czasie pracy na rusztowaniu przewróciłem się, po czym upadłem na kręgosłup w pozycji skulonej na betonową posadzkę. Po tym wydarzeniu nic nie wskazywało na to, abym doznał jakiś poważniejszych obrażeń i szkód.. czułem się jak dotychczas – pełny sił i zapału pracowałem, trenowałem, nie oszczędzając się kompletnie. Wszystko było na swoim miejscu.. ale niestety nie trwało to długo..
Po ok. 2 miesiącach zacząłem odczuwać bóle w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Wydawało mi się, że to zwykłe ,,przewianie” lub tak zwane ,,korzonki”. Bynajmniej tak nie było.. Przy rozbiórce domu, jaką w tym czasie przeprowadzałem, przyszło mi dźwigać ciężkie i masywne, drewniane bale. Na drugi dzień nie mogłem podnieść się z łóżka. Czułem intensywny ból kręgosłupa, przeszywający całe moje ciało, a piętnujący zwłaszcza na prawą nogę. Nie mogłem jej podnieść nawet na 15 cm do góry. Nie wiedziałem co się dzieje.. Z cudem udało mi się podnieść i jakoś dojechać do lekarza. Diagnoza była przerażająca – rwa kulszowa w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Tomografu, który miał być dopiero za miesiąc wyczekiwałem z ogromnym napięciem. Był to najgorszy miesiąc mojego życia. Jakoś go na szczęście doczekałem, ale przyznam nie było łatwo. Zwykłe, przyziemne czynności, takie jak choćby nawet pójście do toalety sprawiały mi problem, bo musiałem wstać i jakoś doczołgać się do łazienki. Nareszcie nastąpił mój wyczekiwany dzień – zdiagnozowano 12 milimetrową przepuklinę. Lekarz jasno zakomunikował, że muszę zmienić charakter pracy i przestać trenować.. czyli porzucić całe swoje dotychczasowe życie.. Chciało mi się płakać, wszystko nagle straciło sens. Od jednego lekarza do drugiego, zastrzyk przeciw zapalny w kręgosłup, szperanie w sieci – fora, poradniki, portale społecznościowe. Znalazłem już nawet odpowiedniego neurochirurga i umówiłem się na operację. Tym wtedy żyłem. Z biegiem czasu ból, zaczął nieco ustępować, nie doskwierał tak bardzo. Zbliżający się termin operacji zamiast wywoływać ulgę, coraz bardziej mnie przerażał… Postanowiłem umówić się na wizytę do fizjoterapeuty. Te kilka seansów, jakie u niego miałem zdawały się być raczej marną szansą na znaczną poprawę zdrowia. Dostałem od niego jednak zestaw odpowiednich dla mnie ćwiczeń, wzmacniających kręgosłup i brzuch. Wtedy pojawiła się iskra nadziei, że jednak jakoś się z tego wywinę. Wiedziałem, że nie będzie łatwo i że kosztować mnie to będzie masę pracy.
Zacząłem regularnie ćwiczyć. Oczywiście musiałem uważać, nie było co do tego żadnych wątpliwości, ale w miarę upływu czasu, moje treningi stawały się coraz bardziej intensywne, a ja zaczynałem czuć się coraz lepiej.
Minęło już 3 lata od nieszczęśliwego wydarzenia, a ja nie czuję, abym kiedykolwiek doświadczył podobnych obrażeń. Rok temu zafascynowała mnie kalistenika (street workout), odrzuciłem siłownię i sam postanowiłem spróbować swych sił w tym sporcie. Od tego czasu regularnie ćwiczę na paraletkach, drążkach i poręczach. Dzięki temu zyskałem sprawność fizyczną o jakiej przed kontuzją mogłem jedynie pomarzyć. Gdy miałem ostatnio wizytę u neurologa, ten patrzył na mnie z niedowierzaniem. Sam nie wierzył w to, że jakoś mi się uda. Ja jednak się nie poddałem i teraz mogę się tylko cieszyć. Moja determinacja się opłaciła. Mam nadzieję, że to się nie zmieni i kiedyś będę mógł sam wziąć udział w zawodach street workout. Ćwiczenia na drążku usprawniają nie tylko kręgosłup i brzuch, ale całe ciało. Angażują partie mięśni, które czasami bywają nawet przez lata nie używane. Kalistenika zmieniła moje życie na zawsze, mogę otwarcie powiedzieć, że narodziłem się na nowo.”


Poprzez swoją historię Artur pragnie powiedzieć, że jeśli macie jakiś problem ze zdrowiem, kontuzja sprawiła, że nie możecie robić wielu rzeczy, które dotychczas były dla Was bardzo ważne, nie poddawajcie się i spełniajcie swoje marzenia! Sport wpływa na organizm zarówno z zewnątrz jak i od środka. Nie trzeba przechodzić ciężkich operacji i z góry skazywać się na ograniczenia do końca życia. Wystarczy znalezienie odpowiednich ćwiczeń i umiejętne zagospodarowanie czasu na nie. Zbudować samego siebie na nowo, nie jest prosto, ale jeśli ma się motywacje, jaką jest rodzina, dom, zdrowie, praca i własne marzenia, wszystko da się zrobić, bowiem nie ma rzeczy nie możliwych. Jeśli masz pytania, dotyczące zarówno samej przepukliny kręgosłupa, jak i kalisteniki – odsyłam na STRONĘ Artura na facebooku. Dodam, że wszystkie wiadomości są na bieżąco odczytywane i nie ma takiej możliwości, abyś pozostał bez odpowiedzi!

Ale.. wcale nie na żółto ani niebiesko, bo w tym wydaniu malować będziemy nie krajobrazy czy budynki, ale nasze twarze!:) W tym celu posłużą nam pędzle i to właśnie o nich będzie mowa w dzisiejszym wpisie.
Jakiś czas temu zaczęłam rozglądać się za pędzlami do makijażu. W tym celu obejrzałam liczne blogi i fora internetowe. Stwierdziłam, że pójdę w kierunku kupna trzech pędzli z firmy hakuro – do blendowania, nakładania pudru i bronzera. Ich koszt to ok. 30zł za jeden pędzel. Kiedy uzbierałam trochę pieniędzy postanowiłam, że w końcu to zrobię. Było jednak jeszcze jedno małe ALE..
Przed samym wniesieniem opłaty za te pędzle postanowiłam jeszcze trochę poszperać w internecie ale tak ogólnie nie tylko o tych z hakuro. Natknęłam się na jedną z vlogerek, która strasznie zachwalała chińszczyznę za bagatela 25zł! Co najlepsze w tej cenie było aż 10 pędzli. Na pierwszy rzut oka pomyślałam, że to na pewno jakiś kicz, w końcu z reguły jest tak że cena jest proporcjonalna do jakości albo zdecydowanie ją przewyższa. W tym wypadku jest jednak inaczej – tutaj jakość niewątpliwie przewyższa cenę! Później obejrzałam jakieś kolejne 10 filmików o tych pędzlach i postanowiłam je wypróbować. Zrezygnowałam więc z pędzli marki hakuro i zamówiłam te oto chińskie puchacze.
Moje pierwsze wrażenie po rozpakowaniu przesyłki nie było zbyt pochlebne w kierunku tych pędzli – śmierdziały tanimi chińskimi wyrobami. W tej samej chwili pomyślałam, że moje pierwsze przeczucie o tych pędzlach się ziści. Postanowiłam jednak ich tak od razu nie przekreślać i umyłam je szamponem do włosów. Gdy wyschły do suchej nitki, przykry zapach zniknął. Następnego dnia po raz pierwszy użyłam pędzli do pełnego make-up’u. Przyznam szczerze, że nigdy dotąd jakoś bardzo się nie malowałam, bo wg mnie makijaż w pełnej okazałości jest dobry wyłącznie na jakieś spektakularne okazje. Zawsze jednak miałam ciągoty do malowania i gdy zabrałam się za blendowanie to później szło już gładko – makijaż za makijażem a ja coraz więcej kombinacji przy im odczyniałam :P
Jeżeli chodzi o aplikację fluidu czy kremu bb – podkład nakłada się perfekcyjnie. Włosie jest bardzo miękkie i miłe w dotyku a jednocześnie dość sztywne aby móc bez problemu zaaplikować daną bazę na twarz. Tak też jest w przypadku bronzera i różu oraz cieni. Wiem, że każdemu odpowiada co innego i każdy tak naprawdę używa danego pędzla pod siebie – jak mu wygodnie. Z tego też względu nie zwracam szczególnej uwagi na te właśnie mankamenty w tym poście.

Podsumowując, uważam że chińskie puchacze są warte zakupienia, zwłaszcza dla osób, które tak jak ja stawiają pierwsze kroki w pełniejszym makijażu. U mnie zawsze był jeden jedyny pędzel, później pojawił się kolejny, ale gdy tych 10 puchaczy – 5 dużych i 5 małych zagościły w mojej łazience aplikacja makijażu stała się szybsza i bardziej efektywna. Gorąco polecam!!

Jeżeli ten post Wam się spodobał bądź jesteście zainteresowani tego typu wpisami, piszcie w komentarzach i dawajcie kciuki w górę!
,,Gdybym znalazła prawdziwy dom, w którym czułabym się jak u „Tiffany’ego”…”

Zapewne już większość z Was, wie o kogo chodzi, bowiem są to słowa wypowiadane notorycznie przez Holly Golightly – główną bohaterkę znanej na całym świecie, amerykańskiej ekranizacji ,,Breakfast at Tiffany’s”. Postać Holly nakreśla usytuowanie indywidualizmu w świecie, w którym ważną rolę odgrywają wpływy i pieniądze. Zwraca szczególną uwagę na problem dotyczący każdej nieprzeciętnej jednostki, nakreślając szczególną moc materializmu, szeroko pojętych marzeń i wizji życia. Jednak nie o Holly mowa w dzisiejszym wpisie, a o znanej również z ,,Rzymskich Wakacji”, ,,Kiedy Paryż wrze” i ,,Szarady”, królowej kina XX wieku – Audrey Kathleen Hepburn.

Z tego względu, że Audrey to jedna z tych postaci, które uważam, że są nadzwyczaj nieprzeciętne, kiedyś parę lat wstecz wykonałam jej portret. Dziś chciałabym poświęcić jej chwilkę, troszeczkę przybliżając Wam książkę, po jaką miałam ostatnio okazję sięgnąć..

Audrey Kathleen Hepburn urodziła się w Belgii, była tancerką baletową, przeżyła wojnę, która wywarła znaczący wpływ na jej życie. Audrey patrzyła na to, jak inni giną i cierpią. Okres okupacji wywołał u niej niedożywienie, które odbiło się na jej przyszłości. Osoba ta znalazła jednak w sobie na tyle siły, by później, już jako kobieta wznieść się na wyżyny i stać się gwiazdą Hollywood, po czym poświęcić karierę dla rodziny,a następnie wszcząć działalność humanitarną w krajach, objętych głodem. Mój zachwyt tą osobą jest więc uzasadniony! Uważam, że Hepburn zasługuje na uwagę, bo potrafiła wykorzystać swój wizerunek, aby móc zrobić coś dla innych, a tego jak wszyscy wiemy nie można oczekiwać od każdego..

,,AUDREY W DOMU” – Luca Dotti


Chciałam zrecenzować Wam po krótce książkę, którą kupiłam jakiś czas temu.. jeszcze przed maturami o powyższym tytule napisaną prze Lucę Dotti – syna Audrey. Książka nie jest typową biografią, bogatą tylko w czyste fakty i przez to właśnie, na samym początku, kiedy zobaczyłam wnętrze tej książki, byłam nieco rozczarowana.. oczekiwałam bowiem czego innego.
Są to wspomnienia syna o mamie, ich domu, rodzinnej posiadłości La Paisible, zbiór przepisów, które Audrey skrupulatnie gromadziła a także zwyczajów jakie propagowała. Przyznam że to moje początkowe, lekkie zawiedzenie zniknęło, gdy przebrnęłam przez kilka pierwszych stronic. Książka ma w sobie coś, co bardzo wciąga.. Wydaje mi się, że chodzi tutaj o sposób, w jaki jest napisana - wszystko wydaje się być bardzo prawdziwe, czytając ją, miałam wrażenie, że Luca po prostu chciał pokazać, że jego matka była nie tylko znaną gwiazdą kina, ale też wspaniałą matką, która troszczyła się o dom rodzinny i swoich bliskich. Przyznam że jako wielka fanka Hepburn i ta pozycja zyskała w mojej biblioteczce szczególną wartość. O dokładniejszą biografię na pewno pokuszę się podczas kolejnej wizyty w księgarni.. :)


Święta Wielkiej Nocy zbliżają się do nas wielkimi krokami.. w końcu lada dzień – Wielka Sobota.. Chciałabym podzielić się z Wami przepisem na puszysty, rozpływający się w ustach sernik, na wierzchu którego mieści się pianka utworzona z białek i wiórek kokosowych.. U mnie to chyba swego rodzaju element tradycji Wielkanocnej.. bo na świątecznym stole, ten przysmak króluje już od czasów dzieciństwa..

,,Sernik Krople Rosy”


Składniki:
Na ciasto:
30dag mąki
10 dag masła
10 dag cukru pudru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2-3 łyżki śmietany
1 łyżeczka skórki z cytryny

Wszystko razem zagniatamy, układamy na formie, pokrytej uprzednio papierem do pieczenia. Dziurkujemy delikatnie widelcem.
(Ciasto nie pokrywa boków, zwykle zostaje go trochę; z tego nadmiaru można powycinać różne ciekawe formy i ułożyć na oddzielnej blaszce jako ciasteczka)

Masa Serowa:
1 kg sera w wiaderku
1 szklanka cukru
½ kostki masła (rozpuszczamy i letnie wrzucamy do sera)
4 żółtka
1 budyń śmietankowy
1 i 3/4 szklanki mleka
cukier waniliowy (Wanilinowy nie da tego samego efektu!) (2-3łyżeczki)
2 łyżki mąki ziemniaczanej

Po zagnieceniu ciasta zabieramy się za masę serową.. Na początku zaczynamy od rozpuszczenia budyniu z mąką ziemniaczaną w ok ¾ szklanki mleka. Ubijamy żółtka z cukrem na puch, w oddzielnej misce umieszczamy ser w wiaderku i dodajemy rozpuszczone masło wraz z mlekiem, w którym wcześniej rozpuściliśmy budyń i mąkę. Miksujemy to. Następnie tą zmiksowaną masę serową dodajemy łyżka po łyżce do naszych żółtek. Tak przygotowaną masę wylewamy na ciasto umieszczone przez nas wcześniej na blaszce. Pieczemy ok. 40 minut w temperaturze ok. 180 stopni.
Kiedy masa serowa będzie zaczynała się ścinać.. zabieramy się za wierzch.. (szacuje się, że na leży zacząć go przygotowywać ok. 10 minut przed wyjęciem masy, dlatego trzeba zwracać uwagę na wygląd sernika po tych 40 minutach)

Wierzch:
6 białek, szczypta soli, 6 łyżek cukru, 100dag wiórek kokosowych, skórka cytrynowa (ja używałam nie tej naturalnej ponieważ jest mokra, tylko tej z przypraw)

Ubijamy białka z odrobiną soli, następnie łyżka po łyżce dodajemy cukru, a na samym końcu kiedy masa będzie już sztywna, dorzucamy wiórki kokosowe i skórkę cytrynową, mieszamy i umieszczamy na naszym serniku.
Kiedy to nastąpi sernik znowu umieszczamy w piekarniku i pieczemy go do momentu uzyskania złotego koloru na wierzchu. Po wyłączeniu piekarnika, nie wyciągamy go od razu, ale dopiero po jakimś czasie, kiedy nieco ostygnie. Później umieszczamy go w lodówce. Po schłodzeniu sernik jest już gotowy do spożycia! :)



Smacznego! :))

Przepraszam wszystkich czytelników za brak obowiązkowości i tak rzadkie posty.. Obiecuję, że pod koniec maja, tuż po maturkach się to zmieni.. :D Mam mnóstwo pomysłów na posty, ale niestety brak czasu na ich realizację..
W związku z tym, że dziś mamy pierwszy dzień ferii (oczywiście zdaję sobie sprawę, że u niektórych się one właśnie skończyły), chciałabym przedstawić Wam sposoby na walkę z największym wrogiem dzisiejszych czasów – stresem!

,,To, że organizm zwierzęcia lub człowieka w wypadku wystąpienia zjawisk zagrażających życiu był niezwłocznie alarmowany i mógł natychmiast stawiać opór, z punktu widzenia historii było korzystne. Dzięki reakcjom swego organizmu człowiek atakowany przez drapieżnika mógł natychmiast błyskawicznie uciec w bezpieczne miejsce lub skutecznie przeciwdziałać niebezpieczeństwu. Jeszcze dziś organizm wobec wielu zdarzeń wykazuje reakcje alarmowe lub obronne. Jednak inaczej niż dla jego przodków, dla współczesnego człowieka walka czy ucieczka nie jest już właściwym zachowaniem w takich sytuacjach. Nieustające reakcje alarmowe mogą nawet szkodliwie oddziaływać na organizm i jego funkcje. Dlatego żyjący obecnie człowiek musi się nauczyć żyć z obciążeniami, by nie stać się ofiarą i nie złamać się z powodu wyczerpania.”
(źródło: ,,Wprowadzenie do psychologii”- Gerd Metzel)


Zacznę więc od razu, bez owijania w bawełnę.. moje propozycje na odstresowanie się:

#1.Kubek ciepłej herbaty i książka.

#2.Rysowanie, malowanie, szkicowanie i wszelkie inne prace plastyczne. Dla tych którzy tak jak ja, bardzo lubią tego typu rzeczy, to prawdziwy raj móc chociaż na chwilę oderwać się od rutynowego schematu dnia i zacząć realizować wizje, tkwiące nam w głowie. Ostatnio bardzo popularne stały się kolorowanki antystresowe, także Ci, którzy wolą samo malowanie również będą mogli się odnaleźć w tej dziedzinie, jaką jest plastyka, gorąco polecam!

#3.Ćwiczenia. Wysiłek fizyczny, oczywiście w przyzwoitych ilościach - nie za dużo nie za mało.. sprzyja produkcji endorfin. Dodatkowo przyśpiesza przemianę materii, uwalniając nas od poczucia ciężkości, a sprawiając że czujemy się lekko i w pewnym odniesieniu także świeżo, pomimo wylania potów na treningu.

#4.Sen. Nawet 30 minut snu w ciągu dnia pomaga złagodzić skutki zmęczenia psychicznego. W moim przypadku się to nie sprawdza, bo nie jest możliwe zaśnięcie w innym momencie doby niż noc, chyba że jestem bardzo zmęczona.. ale wiem, że niektórzy to uwielbiają.

#5. Gotowanie, pieczenie, dekorowanie. Chodzi o zrobienie czegoś, wymagającego puszczenia wodzy naszej wyobraźni. Wtedy nie musimy skupiać się na trudnych i skomplikowanych sprawach a uruchomić przeciwną półkulę i trochę pofantazjować. Wspaniale sprawdza się upieczenie np. ciastek a następnie zabawa w dekorowanie ich. Łączenie składników o różnych kolorach, zapachach i smakach wyzwala w nas prawdziwego artystę i co najważniejsze, pozwala chociaż trochę zniwelować napięcie wywołane przez stres.

#6.Domowe DIY. Zabawa w złotą rączkę dla niektórych także może okazać się jedną z metod skutecznego odstresowania się.

#7.Wygłupy z przyjaciółmi, spacer z psem, kino, teatr.. .


XOXO
W związku ze zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia, pragnę złożyć wszystkim Czytelnikom bloga najserdeczniejsze życzenia! Dużo zdrowia, szczęścia i pomyślności. Abyście w Nowym 2016 roku spełnili wszystkie swoje najskrytsze marzenia i zrealizowali życiowe plany, a w obok Was nie zabrakło wartościowych ludzi. Miłości, prawdziwej przyjaźni i wytrwałości (w dalszym odwiedzaniu bloga również :P). Wszystkiego, ale to wszystkiego najlepszego!
Grudzień zbliża się wielkimi krokami.. Powoli zaczynamy wkraczać w okres świąteczny, dlatego zdecydowałam się na upieczenie korzennych ciastek. Akurat moje wyprodukowały się wyjątkowo wcześnie, ale to z tego powodu, że mają posłużyć za prezent i to nie świąteczny :P
Ciastka są typowym przysmakiem Bożonarodzeniowym. Pachną cynamonem i wanilią, a ich cudowny, korzenny aromat nadaje podczas pieczenia specyficzny zapach, kojarzący się ze świętami. W ich składzie nie uwzględnia się miodu, przez co ciastka można jeść od razu, nie są twarde. Na grudniowy wieczór, w towarzystwie herbaty rozgrzewającej z imbirem i kardamonem sprawdzają się znakomicie!
Z góry przepraszam za tak długą nieobecność na blogu.. Mam nadzieję, że uda mi się nadrobić straty :)

Ciastka Korzenne

Składniki:
500g mąki
2 jajka
200g masła
200g cukru pudru i ok 2dag do posypania
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka cukru waniliowego
przyprawa korzenna (ilość wedle własnego gustu)
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Przygotowanie:
Lekko rozpuszczamy masło, dodajemy do niego cukier puder, przyprawę korzenną, cynamon, wanilię i mieszamy. Następnie dodajemy jajka i dalej mieszamy. Później dorzucamy pozostałe składniki. Rozwałkowujemy na grubość ok. 0,5-1 cm i wycinamy ciastka o dowolnym kształcie. Układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy ok. 10 min. w temperaturze 180 stopni. Ostudzone posypujemy cukrem pudrem.


Smacznego! :)

Sezon na śliwki trwa, więc nie pozostaje nam nic innego, jak cieszyć się ich cudownym smakiem.. Są znakomitym elementem śniadania, obiadu, kolacji czy podwieczorka. Świetnie działają na układ trawienny, nerwowy i potrafią nawet poprawić samopoczucie :P Mają naprawdę bardzo dobry wpływ na nasz organizm. Jeżeli macie ochotę poczytać na ten temat więcej, odsyłam ->tutaj<-

Dziś mam dla Was przepis na coś bardziej na słodko - idealna alternatywa na niedzielne podwieczorki. Kluczowym elementem ciasta są owoce - w tym wypadku - śliwki, o których wspomniałam już wcześniej. Jest obecny w moim domu od pokoleń. Pieczony przez babcię, później mamę, a teraz przeze mnie, budzi wspomnienia dzieciństwa, kiedy jeszcze ciepły ukradkiem podjadałyśmy z siostrami. Gorąco polecam!

Kruche ciasto ze śliwkami


Składniki:

1 kg mąki
6 jajek (4 całe + 2 żółtka)
proszek do pieczenia (cały, ten na 1kg mąki)
20dag margaryny
20dag masła
śmietana (ok. 3 czubate łyżki)
cukier waniliowy
30dag cukru pudru
śliwki (ok. 40-50 sztuk)

Przygotowanie:

1. Przesiać: mąkę, cukier puder, proszek do pieczenia.
2. Dodać masło i margarynę, cukier waniliowy, jajka.
3. Zagnieść ciasto, a następnie podzielić je na 2 równe części.
4. Jedną rozwałkować na blachę (35x40cm), podziurkować widelcem, lekko podpiec (ok.10-12min. w temp. 200 stopni).
5. Pokroić śliwki na połówki.
6. Po podpieczeniu ciasta i wyciągnięciu go z piekarnika, układamy pokrojone śliwki - ,,brzuchem do dołu", posypujemy cukrem.
7. Rozwałkowujemy drugą część ciasta, pokrywamy nim śliwki. Musimy pozlepiać brzegi surowego ciasta, które znajduje się na wierzchu, z tym pod śliwkami, lekko podpieczonym, aby zapobiec wylewaniu się soku ze śliwek podczas pieczenia.
8. Wkładamy do piekarnika, nagrzanego do 200 stopni na ok 30 - 35 minut i pieczemy na złoty kolor.
9. Po przestygnięciu należy odwrócić ciasto na drugą stronę i posypać cukrem pudrem.


Smacznego! :)


Synoptycy zapowiadają kolejną falę upałów, ale nie dla każdego jest to prognoza, którą warto się cieszyć..
Zimą, kiedy na termometrze temperatura dochodzi do -10 stopni modlę się o lato.. ale kiedy nadchodzi ten mój upragniony czas i temperatura dobija do 35 stopni pluję sobie w twarz – jak mogłam tego wyczekiwać całą zimę..?

Lato kojarzy się z przyjemnym okresem praktycznie dla wszystkich. Wakacje, odpoczynek, stres zażegnany, mamy wszystko gdzieś i przechodzimy do fazy pt. ,,pełny chill”. Wydawać by się mogło, że wszystko jasne, ale.. kiedy temperatura osiąga zbyt dużą wartość, niektórzy zaczynają marudzić.. Organizm nie funkcjonuje tak jak powinien, dlatego często skarżymy się na obrzęki, opuchnięcia i złe samopoczucie. Z tego powodu, bardzo ważne jest, abyśmy zachowali właściwą dietę, bogatą w proste związki, jak najmniej przetworzone. Szczególnie muszą uważać osoby z problemami krążeniowymi!

Należy unikać zbyt zimnych pokarmów typu lody, bo mogą spowodować szok termiczny. Zaleca się rezygnację z tłustych i ciężkich potraw, na rzecz lekkich i bogatych w witaminy produktów, to znaczy warzyw i owoców, kefirów i jogurtów. Należy jeść małe porcje, ale za to częste, najlepiej co 3 godziny. Śniadania powinny opierać się na kefirach, jogurtach, twarożkach z dodatkiem warzyw czy owoców, a na obiady preferuje się chłodniki i lekkie sałatki. Pomiędzy posiłkami warto przegryzać owoce czy warzywa – jak kto woli z dużą zawartością wody – maliny, truskawki, mango, arbuz, jabłka, śliwki, gruszki itd.


Oprócz tego, żeby prawidłowo jeść, trzeba pamiętać o regularnym przyjmowaniu płynów. Zaleca się odstawienie słodzonych napojów, jeżeli ktoś takie przyjmuje i picie dużej ilości wody, najlepiej lekko schłodzonej. Tylko pamiętajmy, że zbyt zimne jedzenie czy picie może wywołać szok dla naszego organizmu! Jeżeli chodzi o wodę to najlepiej ta wysoko zmineralizowana, bo upały wzmagają pocenie się, a w związku z tym utratę elektrolitów. Dlatego też polecany jest wtedy sok pomidorowy. Nie dość, że dostarczy witamin, to jeszcze wspaniale orzeźwi. Na upały dobrze jest pić herbaty o temperaturze pokojowej – mięta, która orzeźwi i zielona, która ma właściwości wychładzające i oczyszczające, a do tego przyśpiesza metabolizm.
Ogółem powinno się pić ok. 2-3 litry na dzień, ale wiadomo, że wszystko zależy od masy ciała i warunków, w jakich przebywamy – wysiłek fizyczny, przebywanie w bardzo gorących pomieszczeniach, na słońcu będą wymagały dostarczenia większej ilości płynów.